O "Stańczyku" dowcipach i pesymizmie


Z Antonim Marianowiczem rozmawia Iwona Kwiecińska
"Panorama" 11 września 1994

IK - Jaki Pan słyszał ostatnio dowcip?
AM - Ma pani zapewne na myśli polityczne kawały, które rodzą się obficie tam, gdzie działa cenzura. Mnóstwo takich kawałów krążyło po Peerelu. Dziś mamy wolność, za co płacimy brakiem kawałów. Myślę, że to się per saldo opłaca.

IK - Czy wymyślał Pan kiedyś kawały?

AM - Broń Boże! Ale rozpoznawałem w nich nieraz swoje powiedzonka, czasem odpowiednio zmodyfikowane. I sądzę, że taka właśnie jest technika powstawania kawałów. Na przykład w stanie wojennym wracało do mnie w wielu wariantach moje hasło: "Cały naród w jednym froncie, do szeregu wzywa PRONcię!"

IK - A dzisiaj - czy nie tworzy Pan takich pięknych haseł?

AM - Nie wiem, czy są to hasła, ale niektóre spostrzeżenia układają mi się do rymu. Na przykład o stosunkach w Episkopacie: "Ksiądz biskup Pieronek nadaje kieronek". Albo o nowym kandydacie na prezydenta: "Do Belwederu trwają wyścigi, przyjdzie egzamin zdawać z... Religi". I wreszcie mój krzyk rozpaczy na wieść o wyborczej klęsce liberałów: "Donaldzie Tusk, gdzie był twój mózg?!"
   
    Plakat Mai Berezowskiej

IK - Czy Pana satyryczna twórczość ogranicza się do takich form mikro?
AM - Raczej tak, bo na co komu formy makro? Satyryczne pismo nie istnieje, przynajmniej takie, z którym mógłbym współpracować. Przed dwoma laty przestały wychodzić "Szpilki", co nie zostało zauważone przez nikogo. Teraz słyszałem, że mają się odrodzić, a ich sponsorem ma być znany finansista Profus. Oby tylko było wydawane przez profus-jonalistów!

IK - Wiem, że przez wiele lat był Pan ściśle związany ze "Szpilkami"...

AM - To było dawno. Odwiązałem się, kiedy nie było jeszcze pani na świecie...

IK - Bardzo Pan dla mnie łaskawy. A czy miał Pan jakieś kontakty z kabaretami?

AM - Tu daje mi pani okazję do przypomnienia niezwykłego zjawiska, jakim był "Stańczyk". Założyliśmy ten kabaret równo 40 lat temu, wiosną 1954 roku. Jego występy w warszawskiej kawiarni "Pod Arkadami", trwające niepełne trzy miesiące, stały się zalążkiem "odwilży" i weszły do historii polskiego kabaretu jako pierwszy swobodny głos na długo przed Październikiem.
Inicjatorem kabaretu był świetny parodysta i poeta Artur Maria Swinarski, ja pełniłem obowiązki kierownika tego przedsięwzięcia. W pierwszym (i jedynym) programie występowali z własnymi tekstami Swinarski, Minkiewicz, Waldorff, Lipiński, Rojewski i Magdalena Samozwaniec. Poza tym pisali: Brzechwa, Grodzieńska, Brudziński, Gozdawa, Stępień, no i ja.
Z aktorów udział brali młodzi i piękni: Szaflarska, Szczepkowski, Łapicki i Gliński. Kabaret był elitarny, wstęp tylko za słono płatnymi zaproszeniami, o które toczono prawdziwe boje. Ja miałem przez cały okres istnienia "Stańczyka" wyłączony telefon. Przyczyną fantastycznego sukcesu była niewiarygodna po latach stalinowskiej skorupy lodowej ostrość tekstów, które niby to dotyczyły tylko dziedziny kultury, ale tak naprawdę...

IK - I co się stało ze "Stańczykiem"?

AM - Został, jak się to wówczas mówiło, "wygaszony", po prostu nie wznowiono jego występów po przerwie letniej. I trudno uwierzyć, ale na jego temat nie ukazało się ani jedno słowo w ówczesnej prasie! Mówię o tym dlatego, że nie chciałbym, ażeby narzucona przez peerelowską cenzurę zmowa milczenia obowiązywała i dziś!

IK - Czy utrzymuje Pan kontakty z kabaretami dzisiejszymi?

AM - Żartuje pani! Uważam, że kabaret jest zajęciem dla młodych ludzi nie znoszę widoku starców, wygłupiających się na estradzie - i gdzie indziej!

IK - Uważa się Pan nadal za satyryka?

AM - Skądże znowu! Nie znoszę słowa "satyryk" i tak naprawdę nie wiem, co ono znaczy. Uważam się z literata, który lubi sobie pożartować. To wszystko!

IK - A co Pan myśli o współczesnej polskiej satyrze?

- ...

IK - Nic więcej Pan nie mówi?

AM - Bo nic nie myślę.

IK - Wiem, że jest Pan nadal ogromnie czynny, że wydaje Pan książki dla dorosłych i dla dzieci, tłumaczy słynne musicale - choćby taki superhit jak Skrzypek na dachu, i że znajduje Pan jeszcze czas na pracę społeczną. Jak Pan to wszystko robi? Przecież...

AM - Nie ma żadnego "przecież"! Moja wczesna młodość przypadła na lata, kiedy nie miałem okazji z niej korzystać. I wtedy właśnie przezornie zaoszczędziłem sobie trochę tej młodości na stare lata. Poza tym byłem zawsze pesymistą. Dlatego wszystko, co mi się jako tako udaje, budzi we mnie ogromną radość i chęć do życia. Zwłaszcza wtedy, kiedy patrzę na tłumy zawiedzionych i złorzeczących losowi optymistów.

Zamknij okno