"Pchli Targ. Dziennik roku przestępnego 2000"


Fragment:
Gdybym był poważniejszy

 

Kiedy jako bardzo młody człowiek wstępowałem do partii, nie było nikogo, kto mógłby przestrzec mnie przed tą bezsensowną decyzją. Ogromna większość czynnych dziś surowych lustratorów nie wystąpiła jeszcze na widownię dziejową, ba - zaledwie zdążyli pojawić się ich rodzice.
I stało się: zrobiłem głupstwo, nie poszedłem do lasu, nie skoczyłem -chlup! - do Wisły, jak Wanda, co nie chciała Ruska, nie dokonałem przed gmachem KC efektownego aktu samospalenia. Mea culpa... Myślałem, jak wielu, ze posłuży to jakiejś pozytywnej działalności. Wstąpiłem do partii, która stanowiła dla mnie, burżuja, środowisko obce i groźne. Już moje pierwsze zetknięcie się z przodującym oddziałem klasy robotniczej było niefortunne. Przyjechałem akurat z Belgii i załatwiałem w którymś z partyjnych komitetów jakieś formalności. W pokoju było kilka osób, a wśród nich dwaj niechlujni faceci, chyba nieco podchmieleni. Obaj ostentacyjnie mi się przyglądali, wymieniając jakieś zgryźliwe uwagi, po czym jeden powiedział scenicznym szeptem: "Patrz, jak to fajnie, że mamy takich cholernie eleganckich towarzyszy!" Drugi idiotycznie chichotał, a ja czułem się co najmniej głupio w moim dwurzędowym garniturze - sól-pieprz - i w krawacie. Chciałem uciekać, gdzie sól-pieprz rośnie, ale już było za późno...
Wstąpiłem do partii głównie dlatego, że tak mi się podobało, ale wkrótce przestało mi się podobać.
Na razie moje obowiązki członka nie przedstawiały się zbyt groźnie: raz na jakiś czas zebranie, czasem impreza extra, pochód pierwszomajowy. Ani trochę nie zależało mi na partyjnej karierze, niczego w tym egzotycznym dla mnie świecie nie chciałem, nie osiągnąłem nawet rangi starszego szeregowca, zbierającego składki ("zalegacie, towarzyszu..."). Byłem (oczywiście w sensie kariery partyjnej) nikim, nie zabierałem głosu na zebraniach, chowałem się za plecami barczystych towarzyszy, kiedy zgłaszano kandydatury do jakichkolwiek funkcji, opuszczałem co drugie lub trzecie zebranie, usprawiedliwiając się wyjazdami. Nie tylko ja zdawałem sobie sprawę ze swej obcości, na szczęście podzielali tę opinię co ważniejsi działacze. Muszę stwierdzić, że byłem traktowany po ludzku, i ze nikt mnie do niczego nie przymuszał. W ankietach (wciąż wypełniało się jakieś idiotyczne ankiety) pisałem w rubryce "pochodzenie społeczne": b u r ż u a z y j n e. Kiedyś podeszła do mnie jakaś ciotka rewolucji, mówiąc: "Po co wy, towarzyszu, piszecie o waszym burżuazyjnym pochodzeniu - przecież pochodzicie z inteligencji. Napiszcie lepiej: inteligencja pracująca". "Tego - odpowiedziałem - nie mogę napisać. Inteligencja - tak, ale pracująca - to już nie jest precyzyjne. Z klasowego punktu widzenia najbardziej istotna jest przynależność do burżuazji". Towarzysze patrzyli na mnie, jak na raroga, ale widocznie taki raróg, o dość znanym już nazwisku, redaktor "Szpilek", nie przeszkadzał podstawowej organizacji partyjnej przy ZLP, skoro dawali mi święty spokój.
Mój były szef z "Polpressu", Michał Hofman, opowiadał mi po wielu latach, że kiedy odwołano mnie z Brukseli, Julia Mincowa skomentowała to wydarzenie następująco: "Marianowicz? On nie powinien wracać On się tu do nas nie nadaje!" Ale ja wróciłem. A spoglądając dziś na swoje życie z perspektywy lat podeszłych, stwierdzam, ze tej decyzji nie żałuję.
Pamiętam różne partyjne akcje, co najmniej dziwaczne, np. przed jakimiś wyborami agitowanie na klatkach schodowych. Trzeba było w wytypowanej kamienicy dzwonić kolejno do wszystkich drzwi i nawiązywać rozmowy na tematy ideologiczne. Należało też zbierać mieszkańców w grupy i wygłaszać na schodach krótkie pogadanki o zakusach imperialistów. Muszę powiedzieć, że tylko groźba rozstrzelania mogłaby zmusić mnie do tych absurdalnych czynności. Nigdzie więc nie poszedłem, nikogo nie zaagitowałem i jakoś uszło mi to na sucho. Tak samo nie włączyłem się do akcji słania listów do znajomych na Zachodzie z argumentacją na rzecz głębokiej słuszności polityki naszego obozu. Nie wysłałem ani jednego listu i nie spotkały mnie żadne represje... Gdybym wysłał, osiągnąłbym tyle, że moi zagraniczni przyjaciele przestaliby być moimi przyjaciółmi.
Mój opór w tych drobnych skądinąd, lecz dokuczliwych sprawach, nie brał się z heroicznych cech charakteru, bo w przeciwieństwie do dzisiejszych lustratorów nie miałem ich za grosz. Nie były to zresztą czasy sprzyjające opozycyjności, ponieważ stalinizm nie znał się na żartach. Ale nie mając złudzeń co do metod dyktatury proletariatu, wiedziałem, że była to, na szczęście, dyktatura złagodzona przez bałagan. Np. na którymś z zebrań naszej POP dowiedzieliśmy się, że musimy podporządkować się uchwale o szkoleniu partyjnym, bo pisarzy obowiązuje - tak, jak innych członków partii - znajomość Krótkiego Kursu Historii WKP(b). Podzielono nas na dwie grupy: jedną miał prowadzić sam wielki Adam Ważyk, drugą - Barbara Rafałowska. Ja trafiłem do grupy Rafałowskiej. I tutaj muszę przyznać się do luki w pamięci i to w sprawie wielkiej wagi: czy odbyło się choćby jedno zebranie, czy szkolenie pozostało na papierze, a kurs (nawet krótki) w ogóle nie został zainaugurowany? Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie, wiem tylko, że nic nie wiem i że nie znam podstawowych faktów z historii WKP(b).
Nie zdradzając żadnej aktywności na zebraniach partyjnych, pozwalałem sobie jednak na niewielkie prywatne rebelie na zewnątrz. Taką rebelią, zresztą wcale nie małą, był głośny kabaret "Stańczyk" - pierwsza odwilżowa impreza w Peerelu, za którą to rebelię zapłaciłem naganą partyjną w roku 1955 (na ten mój wybryk nałożyły się tzw. ideologiczne błędy w "Szpilkach"), a później, w roku 1961, nie mniej głośna obrona lokalu "Szpilek". (O tych sprawach piszę w odrębnych rozdziałach tej książki). Wspominam te wydarzenia nie w tym celu, ażeby przedstawić się w roli bohatera, ale po to, ażeby zauważyć, że tak bardzo znowu nie muszę się wstydzić.
W późniejszych latach sześćdziesiątych atmosfera stawała się nie do zniesienia, a moje stosunki z partią były już zupełną fikcją. Unikałem jak mogłem udziału w zebraniach, ażeby oszczędzić sobie widoku grupy moczarowskich bojówkarzy, częściowo oficerów bezpieki, którzy to towarzysze, "koledzy po piórze" nie kryli swojej nienawiści do takich jak ja liberalnych zgniłków, często na domiar złego podszytych syjonizmem. Po sławetnym przemówieniu Gomułki w roku 1967 nienawiść ta osiągnęła punkt szczytowy, później, za Gierka, naszym "narodowo czującym" wyraźnie zmiękła rura. Da się to powiedzieć o całej partii, która stała się bardziej ugodowa, zabiegająca o sympatię społeczeństwa ("pomożecie?"), a nawet żałośnie lizusowska.
Podstawowa organizacja partyjna była w zasadzie przeznaczona dla drobnych płotek. Grubsze ryby nie brały udziału w jej zebraniach, a łącznikiem pomiędzy partyjną "górą", a plebsem był Jerzy Putrament. Mam co do tej postaci mieszane uczucia - nie był to byle stupaja, potrafił czasem zdobyć się na zbliżone do ludzkich reakcje. Ryczał tak głośno, że trudno było zdrzemnąć się na zebraniu, z pewnością był barwną i zamaszystą figurą, nie tylko aparatczykiem. Syn sanacyjnego oficera, potomek znanej rodziny, o której wspominał wieszcz w Panu Tadeuszu, nie posługiwał się nowomową, próbował własnych politycznych i retorycznych konstrukcji, co narażało go na konflikty z mocodawcami, polskimi i sowieckimi (bo miał zapewne i takich). Nigdy nie zdobył w hierarchii partyjnej zbyt wysokiego miejsca, ale zawsze potrafił spaść na cztery łapy. Politycznie manewry i podchody stanowiły treść jego życia, był jednak przy tym niezłym pisarzem, łowił ryby, grał namiętnie w brydża i uwielbiał poezję Gałczyńskiego. Miałem z nim poprawne stosunki, raz nawet wybawił mnie z poważnej opresji. Działo się to na naradzie w KC, poświęconej straszliwym ideologicznym ekscesom w PEN-Clubie. Przewodniczył Putrament. Referował sprawę płk. Załuski, postać równie nieprzyjemna, co tragiczna. Stanęło na tym, że ktoś z partyjnych pisarzy - członków PEN-Clubu - zabierze głos na najbliższym zebraniu i obnaży całą ohydę postępowania niektórych członków tej organizacji. Ale kto? Zapanowała długa cisza, po czym o głos poprosił tow. J. Był to osobnik dość nawet poczciwy, ale głupi jak but. Wyraził był pogląd, że do tej misji najlepiej nadaje się tow. Marianowicz, bliski Słonimskiemu i cieszący się sympatią wielu, krytycznych wobec partii, pisarzy. (J. wyobrażał sobie - jak mi później wyjawił - że będę ogromnie rad z jego rekomendacji). Kiedy skończył, zapanowała kłopotliwa cisza. "No tak - powiedział wreszcie Putrament - propozycja jest dobra, ale wymaga zgody towarzysza Marianowicza". Zapadła cisza jeszcze dłuższa, serce biło mi bardzo głośno, wreszcie znowu odezwał się Putrament: "Więc kogo proponujecie, towarzysze? Czekam na nazwiska kandydatów..."
Kiedyś, bardzo dawno, siedziałem obok niego na zebraniu w "Czytelniku", wysłuchując bełkotliwego przemówienia beznadziejnie już chorego Borejszy. "Co się z tym człowiekiem stało? - mówił wstrząśnięty. - Przecież to gorsze, niż śmierć". Po latach także on uległ udarowi mózgu, ja zaś, słuchając jego cichego i z trudem wydukanego przemówienia, zadawałem sobie to samo pytanie: "co się z tym człowiekiem stało?"
Tak jak Putramenta porównać można by do dyrektora naszej partyjnej szkółki, tak Janina Broniewska, z zawodu nauczycielka, pełniła rolę naszej wychowawczyni. Udzielała nam stale pouczeń i reprymend, a jednocześnie stwarzała mdlącą atmosferę partyjnej, kochającej się rodzinki. Nie znosiłem jej z całego serca, bo była mało inteligentną i niereformowalną fanatyczką. Swoją pozycję zawdzięczała - jak sądzę - komunistycznej przeszłości, faktowi, że była kiedyś żoną wielkiego poety, a zwłaszcza przyjaźni z dwiema partyjnymi babami - Wandą Wasilewską i Luną Brystygierową. Często miewała dla nas przystępne instruktażowe pogadanki - pamiętam jedną z nich, poświęconą straszliwym konsekwencjom zgubienia legitymacji partyjnej: kto ją zgubił, był zgubiony i nie miał po co bez niej szwendać się po świecie... Broniewska nie kryła swych wyraźnych sympatii i antypatii. Do tych ostatnich należał Janek Brzechwa, który stał się przed wojną mimowolnym świadkiem jakiejś jej miłosnej eskapady. Ja nie byłem (na szczęście!) ani lubiany, ani znienawidzony, co stanowiło najlepszą z możliwych sytuacji.
Z Broniewską kojarzy mi się kilka zebrań z pogranicza farsy. Np. zebranie, poświęcone donosowi bułgarskich towarzyszy na tow. Krystynę N. Cóż się zdarzyło takiego, co wywołało u naszych braci Słowian taki paroksyzm oburzenia? Oto tow. N. pojawiła się na plaży w Złotych Piaskach czy innym Słonecznym Brzegu w nieprzyzwoicie barwnym i wzorzystym, zupełnie niesocjalistycznym a wyraźnie imperialistycznym kostiumie kąpielowym! Ten kostium kompromitował nie tylko ją, ale również naszą organizację partyjną. Nie pamiętam finału tej sprawy, ale jestem pewien, że towarzyszce N. posiadanie takiego kostiumu kąpielowego nie uszło na sucho...
Pamiętam też sprawę tow. Mariana N., który poważnie zaniedbał swoje obowiązki partyjne, uporczywie nie płacąc składek i nie uczęszczając na zebrania. Postawiono wniosek, żeby usunąć go z partii, ale ktoś wystąpił w jego obronie, stwierdzając, że tow. N. ma żonę kurwę, i że właśnie to jest przyczyną jego prostracji. Zrobiło to pewne wrażenie, ale dopiero dodatkowy szczegół, że żona tow. N. specjalizuje się w usługach dla cudzoziemców, prawdziwie wstrząsnął zebranymi. Nieszczęśnik wysłuchiwał tych życzliwych dla siebie głosów stojąc, a że był człowiekiem bardzo otyłym, okropnie się pocił. Zdobyłem się wtedy na akt odwagi, proponując, ażeby pozwolono mu usiąść. Mój wniosek został wspaniałomyślnie uwzględniony, a czy tow. N. zachował swą bezcenną legitymację - nie pamiętam, podejrzewam, że pozbycie się jej było mu raczej na rękę.
Chcę jeszcze wspomnieć tu kilka wybitnych postaci działaczy partyjnych, dziś już nieżyjących. Nie piszę o żywych, bo mógłbym sprawić komuś przykrość, lub - co gorsza - przyjemność, że ktoś w ogóle o nim pisze. Poprzestaję więc na nieboszczykach.
Tow. Lucjan Rudnicki (Stare i nowe) radośnie uśmiechnięty, głuchy jak pień staruszek. Praktycznie nie miało się z nim kontaktu, bo i po co?
Towarzyszka Janina Dziarnowska - maleńka i niepozorna, ale pełna rewolucyjnej żarliwości. Kiedyś (nie pamiętam okazji) kazano jej odczytać jakiś szczególnie wrogi ideologicznie tekst Marii Dąbrowskiej. Dziarnowska zaczęła czytać obojętnie, ale powoli wciągała się w tę świetną prozę i stawała się - ona, Dziarnowska - Marią Dąbrowską. Powiało grozą - przynajmniej ja tak to odczułem. Myślę, że to lektorskie doświadczenie było życiową przygodą towarzyszki Dziarnowskiej.
Helena Bobińska, sędziwa rewolucjonistka, siostra Juliana Bruna (tego od pomyłek Żeromskiego), autorka powieści o młodych latach Stalina (Soso), której tytuł transponowano na Komu Soso zrobił kuku?. Była w Rosji żoną znanego działacza komunistycznego, Stanisława Bobińskiego. Towarzyszkę Bobińską zapamiętałem jako staruszkę, siedzącą w pierwszym rzędzie i bez przerwy przemawiającą cichutkim głosikiem - tak jest, przemawiającą w czasie innych przemówień, co jej bynajmniej nie przeszkadzało.
Była też towarzyszka Jadwiga Siekierska, kolejna, po Bobińskiej, żona Bobińskiego, który - choć zlikwidowany na podstawie fałszywych oskarżeń - został na szczęście pośmiertnie zrehabilitowany. Myślę, że dostarczyło to jego bliskim ogromnej satysfakcji...
Wielkim marksistowskim autorytetem cieszyła się tow. Melania Kierczyńska, groźna garbuska o straszliwym zezie. Często zabierała głos, który rozbrzmiewał bardzo donośnie, choć tow. Melanii prawie nie było widać zza mównicy. Narysowałem kiedyś, nudząc się przeraźliwie, jej karykaturę i puściłem ją w obieg, osiągając znaczny sukces - jedyny mój sukces w dziedzinie grafiki portretowej.
Był też stary niemiecki komunista, tow. Erwin Wolff - postać dość tajemnicza. Nie słyszałem, żeby coś napisał, ale odznaczał się bolszewicką pryncypialnością, która wystarczała za dorobek literacki.
Byli i inni, ale nie pamiętam już ich nazwisk, bo - szczerze mówiąc - dla higieny psychicznej wyrzuciłem je z pamięci.

W końcu - nie było to w moim przypadku takie proste - rozstałem się z bezcenną legitymacją partyjną, a partia - beze mnie - jakoś słabo sobie radziła i zakończyła po dziesięciu latach swój żywot. Wraz z nią zapadła się w niepamięć POP przy Związku Literatów Polskich, której kilka niepowtarzalnych cech pragnąłem - dla przyszłych pokoleń - utrwalić w tych pobieżnych notatkach.
Wiem, ze mogę narazić się na zarzut, iż pisząc o sprawach partii, nie wspominam o grozie tamtych lat, że nie wyrywam sobie włosów z głowy, nie drę na piersiach bielizny i nie toczę z ust krwawej piany. Cóż robić? Jestem - jak mawiał Kierkegaard - męczennikiem śmiechu. Gdybym był poważniejszy, to ho, ho... , aż strach pomyśleć, jak wysoko bym zaszedł, nawet w tej podstawowej organizacji... Gdybym tylko był poważniejszy...

Zamknij okno